Każdy rowerowy podróżnik szuka przygody, nowych wyzwań, realizuje swoje podróżnicze marzenia. Czy myślał ktoś z Was kiedyś o wyprawie rowerowej przez Alpy? Tak po prostu żeby je przejechać… po górskich szlakach. Zastanawiacie się czy tak się da? Odpowiedź jest jedna – tak, da się i jest to bardzo przyjemne. Zwłaszcza jak ktoś jest miłośnikiem jazdy po terenie. Dla tych, którzy nie znają tematu jazdy po szlakach górskich w Alpach polecam wyobrazić sobie, że zabierasz swój rower w Tatry i spędzasz tam tydzień i widoki mnożysz razy kilka. Bajka, prawda? ;) Z tą małą różnicą, że w Alpach możesz to zrobić i masz nieograniczoną ilość opcji przejechania tego pasma górskiego. Pewnie zapytasz, czy jest to bezpieczne? Może i nie jest, ale przygoda i zabawa jest przednia! Polecam każdemu, komu asfalt, proste i ubite drogi nie wystarczają do pełni szczęścia. Transalp, bo taką nazwę nosi wyprawa, w której pokonujesz całe Alpy, jest czymś co zostaje w pamięci na długie lata i sprawia, że chcesz tam wrócić!

Ja przeżyłem takie dwie przygody. Startowaliśmy w Oberstdorfie. Przejechaliśmy przez część Alp Niemieckich, Austriackich, Szwajcarskich, kończąc we Włoszech nad Jeziorem Como. 6 dni, kilka tysięcy metrów podjazdu, był śnieg, dużo wylanego potu i niesamowite widoki!

Co urzeka najbardziej w Alpach? Nie ma zakazu dla rowerów. Na szlakach turystycznych tylko informacja dla pieszych: „Uwaga – ta droga jest również dla rowerów”. Piękne prawda?

Nasza trasa: Oberstdorf – Warth – Schruns – Schlappinerjoch – Klosters – Arosa – Thusis – Innerferrara – Como

Alpy oczywiście można pokonać asfaltem. Jednak to nie to samo. Cały urok jest w podjazdach, zjazdach, czasami dźwiganiu roweru na ramieniu, podnoszeniu swoich umiejętności technicznych w terenie.

Nie jestem zawodowym kolarzem. Spoglądam na temat z perspektywy osoby rowerowego podróżnika, który szuka odskoczni od asfaltu. Przygoda niezapomniana jednak wymagająca i trudna. To świetne opcja dla miłośników wyzwań. To również świetny wyjazd treningowy.

Średnio dziennie pokonywaliśmy 50 – 60 km. Startowaliśmy z miejscowości na poziomie 900 m.n.p.m., a punktami szczytowymi były wysokości rzędu 2400 – 2600 m.n.p.m jak np. Weissfluhjoch.

Kontakt z przyrodą, świstakami, wychylającymi się zza kosodrzewiny, zielone przejścia graniczne, pozostałości po I i II Wojnie Światowej to elementy Transalpu. Schroniska górskie, wspólne posiłki z lokalną ludnością górską. Swojski ser, mleko itd… To bezcenne elementy wyprawy. Warto jest zatrzymać się na dłużej w okolicach Davos-Klosters w Szwajcarii. Jest to istny raj dla rowerzystów. System wyciągów, singletracków to wymarzone miejsce dla DH i MTB. Nocując w Davos wyciągi w okolicy są za darmo. Należy tylko wykupić karnet na rower – symboliczne 5 franków. Kiedy już zbliżamy się do granicy Szwajcarsko-Włoskiej zmęczenie daje we znaki. Jednak nagrodą dla strudzonych podróżników jest widok na Jezioro Como oraz wizyta w pierwszej włoskiej kawiarni, restauracji, gdzie można poczuć smak pięknej Italii.

Na naszej trasie odwiedziliśmy cztery kraje. Jednak nie ma to jak Włochy. Ten język, smak kawy, tiramisu, spaghetti, lody, piękne kobiety no i dla Pań – przystojni mężczyźni.

Ze spraw organizacyjnych. Na trasie nie napotkaliśmy na jakiekolwiek problemy oprócz zalegającego śniegu na naszej trasie. Poza tym nie ma problemu z niczym. Noclegi nawet w sezonie można znaleźć bez problemu. Serwisy rowerowe – dostępne w większości mijanych miasteczek. Mieszkańcy życzliwi i chętni do pomocy. Nie pozostaje nic innego jak kiedyś tam wrócić.